Babskim okiem – Najfajniejsi koszykarze sezonu zasadniczego NBA 2011/2012

Przyjęło się, że o koszykówce mówią i piszą głównie mężczyźni.  Ciekawe jest to o tyle, że patrząc na trybuny podczas oglądania meczów NBA czy nawet chodząc na spotkania Tauron Basket Ligi odniosłam wrażenie, że koszykówka wśród kobiet jest sportem dość popularnym. I o ile całkiem sporo kobiet wyraża zainteresowanie TBL – choćby na Facebooku – o tyle na polskich stronach o NBA kobiecych głosów raczej nie słychać. Czyżby najlepszą koszykarską ligą świata interesowali się tylko mężczyźni? Spieszę zadać kłam temu twierdzeniu, a jakem żona wielkiego fana NBA, postanowiłam napisać swój pierwszy tekst o koszykówce…
No, właściwie to o koszykarzach :). Może przekona on niektóre kobiety, że warto zainteresować się koszykówką nie tylko ze względu na świetny sport, którym jest, ale także ze względu na rewelacyjnych zawodników  😉
(Tekst jest autorstwa Natalii Koniecznej, żony Wojtka, założyciela Retro NBA)

Co oznacza „najfajniejsi koszykarze sezonu zasadniczego 2011/2012”?

Pytanie to, dość proste, warto na początku wyjaśnić. Sezon zasadniczy – wiadomo – jest to runda, w której każda drużyna gra z każdą drużyną po kilka razy (więcej lub mniej w zależności od różnych rzeczy) po to, żeby wyłonić najlepszą szesnastkę, która zagra w play offach. Proste? No, banalnie proste tak naprawdę.  Najfajniejsi koszykarze to z kolei… hm, może nie zawsze można nazwać ich najprzystojniejszymi, ale na pewno mają w sobie coś interesującego. Żaden z nich nie jest pamprem, który znalazł się na liście przypadkiem, można by z nich stworzyć całkiem niezłą drużynę, a poza tym – przyciągają spojrzenia i są, no, po prostu – moim zdaniem, najfajniejsi! Zastrzegam od razu, że jest to ranking bardzo subiektywny, wybierając najfajniejszych koszykarzy NBA nie kierowałam się doniesieniami medialnymi, spędziłam za to wiele godzin przeglądając zdjęcia absolutnie wszystkich zawodników tegorocznego sezonu zasadniczego. Wybór był piekielnie trudny…
Zapraszam więc do lektury!

10. Gary Neal

Gary Neal to zawodnik San Antonio Spurs, który gra albo na pozycji rozgrywającego, albo na pozycji rzucającego obrońcy. Niezbyt wielki jak na koszykarza – ma „tylko” 193 cm wzrostu. Gary znalazł się w zestawieniu, bo świetnie się śmieje i po prostu wygląda nieźle. „Jasne” – powie wiele osób – „jest mnóstwo zawodników, którzy są fajniejsi” – zapewne, ale ja znalazłam tylko dziewięciu ;).

9. Chris Paul

Ktoś powie „Chris Paul ma odstające uszy”, a ja mu odpowiem „No i co z tego?”. Ktoś zapewne doda: „Ma tylko 183 cm wzrostu”, a ja odpowiem: „Nie dziwota, jest w końcu rozgrywającym LA Clippers, po co mu więcej?”. Może ktoś jeszcze doda: „Ale przecież on jest taki zwyczajny…”, to ja mu powiem: „Zwyczajni znaleźli się poza dziesiątką. On ma nr 9 w rankingu”.

8. Tony Parker

Prawie nikt nie lubi rozgrywającego San Antonio Spurs. No bo kto mógłby zrobić TAKIE świństwo TAKIEJ babce?

Parker, choć jest jednym z bardziej docenianych koszykarzy NBA, nie ma raczej łatwego życia. Nie zmienia to jednak faktu, że jest jednym z tych, którzy rozbrajają spojrzeniem i niejedna babka dałaby się pokroić za jego jeden uśmiech. No, bo fajnie wygląda, co tu kryć.  Przy swoich 188 cm wzrostu nie jest ani kolosem, ani nie przypomina pakera.

7. Ricky Rubio

To zdecydowanie najmłodszy koszykarz w zestawieniu – ma zaledwie 21 lat, a już dorobił się statusu gwiazdy. Miałby też wielkie szanse na zostanie debiutantem roku, gdyby nie paskudna kontuzja, która na dość długi czas wyłączy go z gry. Rubio to kolejny rozgrywający w zestawieniu – ma 191 cm wzrostu i jest raczej drobny, a ujmuje chyba głównie jego chłopięcy wygląd.

6. Serge Ibaka

Serge Ibaka to pierwszy skrzydłowy w zestawieniu. Potężny – mierzy 208 cm i waży 107 kg, jednak gracz Oklahoma City Thunder sprawia wrażenie fajnego, sympatycznego gościa, który uśmiechem powala wszystkie fanki koszykówki. No i jak tu nie dać mu miejsca nr 5?

5. Dwight Howard

Środkowy Orlando Magic to człowiek, któremu – mam czasem takie wrażenie – uśmiech nigdy nie schodzi z twarzy i to chyba czyni go jednym z najfajniejszych koszykarzy obecnego sezonu NBA. Poza tym Howard jest potężny – przy swoich  211 cm wzrostu i 120 kg robi wrażenie… I rozbraja uśmiechem. No i, warto dodać, jest bezapelacyjnie  najlepszym środkowym NBA – po Howardzie nie ma długo, długo nikogo, a dopiero gdzieś daleko za nim jest Andrew Bynum z LA Lakers.

Dwight Howard w stroju Supermana robi wsad

4. Tyson Chandler

Kolejny człowiek z wiecznym uśmiechem. Chandler to drugi środkowy w zestawieniu – wyższy o 5 cm od Howarda, aktualnie gra dla New York Knicks. Człowiek z klasą, który – mam takie wrażenie – rewelacyjnie wygląda zarówno na boisku, jak i poza nim 🙂

3. Ray Allen

Prawdopodobnie najsympatyczniejsza gęba amerykańskiej koszykówki – i to od lat. Rzucający obrońca Boston Celtics to człowiek, który wygląda, jakby oddawał drugiej osobie duszę na dłoni. Ma 196 cm wzrosty, jest najstarszym graczem w zestawieniu – w lipcu skończy 37 lat, co, jak na koszykarza, jest już dość sędziwym wiekiem. Obawiam się mocno, że obecnie rozgrywa jeden z ostatnich sezonów w NBA – choć z ogromnej sympatii do niego życzę mu, żeby grał świetnie jeszcze długo i długo rzucał wolne i trójki jak najlepiej. Ray Allen znalazł się rankingu tak wysoko także dlatego, że jest jednym z pierwszych koszykarzy, jakich zapamiętałam i do jakich poczułam sympatię – no i zagrał w filmie Spike’a Lee! 🙂

2. Kevin Garnett

Kevin Garnett, silny skrzydłowy Boston Celtics, jest tego samego wzrostu co Dwight Howard. O Garnecie jednak nie można powiedzieć, że jest „przystojny”, że „uroczo się śmieje” czy „powala spojrzeniem” – jeśli robi to ostatnie, to raczej nie w pozytywnym znaczeniu. Garnett wygląda groźnie, jest długi, chudy i świetnie rzuca z półdystansu. Dałam mu dwie ksywy, których używam zamiennie – Faraon i Ramzes, bo skrzydłowy przypomina mi trochę faraona, wysokiego dostojnego i takiego… zasuszonego trochę. Ale ma w sobie coś, co sprawia, że każdy mecz z nim oglądam z wypiekami, a jeśli nie gra – jestem ciężko rozczarowana. Boston jest zdecydowanie moja ukochaną drużyną, ale jeśli zabraknie w nim Garnetta – nie wiem, co będzie…

1. Derrick Rose

MVP poprzedniego sezonu NBA. Jeden z najlepszych koszykarzy, którego w ostatnich miesiącach ciągle łapią jakieś kontuzje. Rose jest fantastyczny – rozgrywający Chicago Bulls ma 191 cm wzrostu i ma w gębie coś powalającego. Z piłką robi rzeczy niesamowite. I choć mam wrażenie, że uśmiecha się rzadko (patrz: Dwight Howard, Tyson Chandler), to nic mi to nie przeszkadza.

Lubię Chicago Bulls, ale kiedy Rose nie gra, nie oglądam ich meczów.

To już koniec mojego subiektywnego rankingu. I owszem, pewnie wiele osób będzie się czepiać, że zabrakło na przykład „najlepiej ubranego Dwyane’a Wade’a”, ale podkreślałam – nie mam zamiaru schlebiać populistyczny gustom. Moja dziesiątka może nie jest „najlepiej ubrana”, „najprzystojniejsza”, „najbardziej czarująca”, ale na pewno jest najfajniejsza. No pokażcie mi inną drużynę, w której Derrick Rose rozgrywa piłę z Ray’em Allenem, Kevinem Garnettem, Sergem Ibaką i Dwightem Howardem…? Ech, taka mała ekipa marzeń 🙂

Następna notka dotyczyć będzie tych koszykarzy, nazwijmy ich eufemistycznie, „fajnych inaczej”. Będzie na pewno ciekawie! Zapraszam już niedługo 🙂

Reklamy

Ranking Retro NBA – ulubione drużyny lat 90. Część III

Dziś, w ostatniej już części rankingu moich ulubionych drużyn lat 90. i początku XXI wieku, czas na czołową dziesiątkę – będzie o najpopularniejszej czapeczce w Polsce, klubie, którego już nie ma oraz „zaskakującym” liderze zestawienia :).
Zapraszam do lektury – i własnych uwag!

Ranking Retro NBA – ulubione drużyny lat 90.

(a dokładniej okresu 1995-2002)
Część III

10. Philadelphia 76ers

Philadelphia 76ers

Lata 90. nie były dla „Szóstek” łaskawe – od sezonu 90/91 przez siedem kolejnych lat nie tylko nie udało im się awansować do play-off, ale też w żadnym z tych sezonów nie przekroczyli bariery 35 zwycięstw.
Kibicowanie im w tym czasie nie należało więc do łatwych – grali słabo, mało efektownie i głośno było o nich tylko wtedy, gdy zbliżał się draft, w którym Sixers zwykle należeli do najwyżej notowanych…
Wpływ miało na to przede wszystkim odejście Barkleya (to dzięki niemu wcześniej polubiłem Philę), choć później koszulkę Sixers nosiło jeszcze paru fajnych graczy – Hornacek, Weatherspoon i – u schyłku swoich karier – Orlando Woolridge i Moses Malone.

Stare dzieje...

Poprawy wyników nie było nawet wtedy, gdy w zespole pojawił się jeden z najważniejszych, najlepszych, a już na pewno najpopularniejszych zawodników następnej dekady – Allen Iverson.

Pojawienie się Iversona w Filadelfii sprawiło, że o Szóstkach znowu było głośno – serie z czterdziestoma i więcej punktami w meczu, niezwykłe zagrania, efektowne wsady, kontrowersyjne zachowania.
Tak jednak, jak o Philadelphii było głośno, tak nie przekładało się to na wyniki – 22 wygrane, 31 zwycięstw…
Później jednak pojawiają się jeszcze Ratliff, Hughes, Tyrone Hill i „Szóstki” wreszcie dostają się do play-off, a Iverson w tym czasie jest absolutną supergwiazdą ligi.
Philadelphia awansuje nawet do Finałów w 2001 roku, niestety – mimo, iż w ich barwach grają jeszcze m.in. Kukoc i Mutombo – przegrywają z Lakers…

Plus za nazwę, logo i koszulki, ale tak wysoka lokata Sixers to przede wszystkim zasługa Iversona, który należał do moich ulubionych graczy ostatniego piętnastolecia.

9.Charlotte Hornets

Charlotte Hornets

Kiedy myśli się o Charlotte Hornets z lat 90. a jest się Polakiem, to na myśl przychodzi przede wszystkim jedna rzecz – gadżet, który urósł do miana magicznego artefaktu:

Taką – lub mniej więcej taką – czapeczkę w latach 90. można było spotkać wszędzie, a gdy mieszkało się na wsi albo w małej miejscowości to po wyjściu z domu można było w ciemno obstawiać, że w ciągu następnego kwadransa napotka się co najmniej trzy osoby mające ją na głowie.
Nie licząc sąsiada!
Skąd się wzięła inwazja czapeczek Hornets na Polskę, nie wiem do dziś, ale wyglądało to na zmasowany zrzut porównywalny tylko do historii ze stonką…

Moja sympatia do drużyny z Charlotte nie wynikała jednak tylko z tego, że cała moja rodzina i wszyscy znajomi chodzili w czapeczkach z szerszeniem – choć nie ukrywam, że logo drużyny od zawsze było jednym z moich ulubionych :).

Charlotte, choć nigdy nie było wielką ekipą – dalej niż do półfinałów konferencji nie doszło – to grało naprawdę dobrą koszykówkę, poza tym miało naprawdę dobrych i fajnych zawodników – a tak się składa, że między 1995 a 2002 rokiem koszulkę z szerszeniem nałożyło kilku moich absolutnie ulubionych zawodników: Alonzo Mourning, Larry Johnson, Glen Rice – i to właśnie Hornets z czasów gdy grała dlań ta trójka lubiłem najbardziej.

Później moja sympatia stopniowo malała, a gdy klub przeniósł się do Nowego Orleanu uleciała zupełnie.
Czapeczka New Orlean Hornets? Nie, to już nie to samo…

8. Seattle SuperSonics

Seattle SuperSonics

Sonics to była absolutnie czołowa ekipa lat 90. – między 1993 a 1998 rokiem sześć razy z rzędu osiągali co najmniej 55 zwycięstw w sezonie! Byli wtedy na topie i lubili ich prawie wszyscy – grali szybko, efektownie, zdobywali mnóstwo punktów, mieli świetnych zawodników, mieli też jednak kompleks play-off – dwa razy z rzędu jako wyżej rozstawiona ekipa padli w pierwszej rundzie i tylko raz dotarli do Finałów – w 1996, by po fantastycznej walce ulec jednej z najlepszych drużyn wszechczasów – Chicago Bulls.
Choć bardzo lubiłem Seattle, to wtedy byłem po stronie Bulls…

Sonics mieli wtedy świetnych graczy – Perkins, Hawkins, Gill, Schrempf, jednak o sile drużyny stanowił duet Payton-Kemp – o ile tego pierwszego niespecjalnie lubiłem, to Shawn był absolutnie jednym z moich ulubionych zawodników.
Jeśli ktoś dziś uważa, że Griffin to dunker nad dunkerami, to niech zobaczy to:

Niestety, w 1997 Kemp przeniósł się do Cleveland, a jego miejsce zajął sympatyczny acz bezbarwny Baker, co było początkiem końca Ponadźwiękowców.
Na koszykarską emeryturę do Seattle przyjechał jeszcze Patrick Ewing, ale drużyna nic już później nie osiągnęła.
Jeszcze później Paytona zastąpił Allen, drużyna zmieniła nazwę i przeniosła się do Oklahoma City, dla mnie jednak Seeattle SuperSonics to przede wszystkim team z połowy lat 90., prowadzony przez tę dwójkę:

Wielki plus za stroje, logo no i fantastyczną nazwę – jak tu nie kibicować ekipie, która nazywa się „Ponadźwiękowcy”? 🙂

7. Phoenix Suns

Phoenix Suns

„Słońcom” kibicowałem od samego początku mojej fascynacji NBA – jeszcze za czasów, gdy rewelacyjne koszulki ekipy ze słonecznej Arizony nosili Kevin Johnson i Jeff Hornacek. Gdy do Suns przyszedł Charles Barkley, jeszcze bardziej awansowali w moim rankingu, a finały z 1993 przeciwko Bulls były pierwszymi, które śledziłem naprawdę uważnie i dobrze pamiętam.

Szkoda mi była Charles’a, naprawdę, ale nie przypuszczałem wtedy jeszcze, że się swojego mistrzowskiego pierścienia nie doczeka nigdy (nie to co Jud:)).

Kolejne sezony nie były już tak udane i Charles przeniósł się do Houston – niestety dla niego, zbyt późno…
Tymczasem w barwach Suns grali tak wspaniali i ciekawi zawodnicy, jak Michael Finley, Jason Kidd, Antonio McDyess, Clifford Robinson, Shawn Marion i Penny Hardaway – niewiarygodne, że z takimi graczami Suns ani razu nie dotarli choćby do finałów konferencji!

Niezła ekipa, co?

Owszem, grali pięknie, szybko, efektownie, rzucali mnóstwo punktów a oglądanie highlitów z ich spotkań było czystą przyjemnością – ale sukcesów z tego nie było.

Suns zresztą przez kolejne lata również mieli świetnych graczy, ale do Finałów NBA dotrzeć im się nie udało. Teraz są już słabą, starą drużyną, ale lubię ich nadal – za te wszystkie lata pięknej gry, wspaniałych zawodników, świetne stroje, fajne logo, no i Marcina Gortata :).

6. Orlando Magic

Orlando Magic

Z  Magic to w ogóle jest ciekawa sprawa. Klub założono w 1989 roku i choć początki w NBA do łatwych nie należały, to drużyna z Florydy mogła liczyć na duży kredyt zaufania i rzeszę „nowych” kibiców, których ująć mogła „magiczna” nazwa drużyny, fajne logo i fakt, że siedziba klubu znajduje się w mieście, w którym jest Disneyland.
Poza tym zarząd klubu wiedział jak promować swoją drużynę, bo tak, jak popularne były w Polsce w latach 90. czapeczki Charlotte Hornets, tak też popularne były kurtki z logo (tym starym, fajnym) Orlando Magic.
Sam miałem :).

No, coś w tym stylu...

Miałem też czapeczkę i – podobnie jak bracia – koszulkę Orlando Magic. I, podobnie jak połowa chłopaków z podwórka w połowie lat 90., bez problemu potrafiłem wymienić pierwszą piątkę zespołu – a wówczas jeszcze tylko jedna drużyna była tak popularna (patrz miejsce 1).
Magic w połowie lat 90. byli chyba jedną z najbardziej popularnych drużyną NBA w Polsce – a ogromna w tym zasługa przede wszystkim tego jegomościa:

Zanim w Orlando pojawił się Shaq, Magic byli słabą ekipą bez gwiazd – gdy w 1992 roku Shaq włożył magiczną koszulkę z numerem 32, Magic nie tylko zaczęli wygrywać, ale stali się też automatycznie jedną z najpopularniejszych i najchętniej oglądanych drużyn w NBA. Zwłaszcza, gdy rok później dołączył do niego Penny Hardaway:

A potem był jeszcze Horace Grant, no i oczywiście Nick Anderson i Dennis Scott, którzy w Magic grali już wcześniej.
Jak grało się na podwórkach w kosza, to jedni byli Bulls, a drudzy Magic – właśnie w tym składzie :).

Niestety, w 1996 roku Shaq zamienił słoneczną Florydę na słoneczną Kalifornię, a Magic mogli już tylko marzyć o powtórce z 1995 roku, gdy dotarli do Finału NBA.
Cały czas lubiłem Magic, ale już trochę mniej – po 1999 roku kibicowałem im już głównie z sentymentu, bo zawodników, których mógłbym dodać do swoich ulubionych, nie było tam już zbyt wielu – no, może poza McGrady’m i kończącym karierę Patrickiem Ewingiem…

Gdy jednak myślę o Orlando lat 90., to myślę głównie o duecie Shaq-Penny :).

5. Houston Rockets

Houston Rockets

Piąte miejsce dla najlepszej ekipy połowy lat 90. – dwukrotnych mistrzów NBA z 1994 i 1995 roku oraz zespołu, który w kolejnych czterech sezonach był czołową drużyną ligi mającą w składzie największe gwiazdy NBA!
Trudno było w latach 90. nie kibicować Rockets i trudno było ich nie lubić. Wszak między 1994 a 1999 rokiem w fajnych, pasiastych strojach z rakietą w logo (super!) grało aż czterech z 50 najlepszych graczy ligi – w tym dwa razy po trzech równocześnie!

Drexler, Barkley i Olajuwon:

a potem Olajuwon, Barkley i Pippen:

Jakimś cudem jednak ani jedna, ani druga trójka nie sięgnęła po tytuł – w najważniejszych momentach play-off okazywało się, że są zbyt wolni, zbyt starzy i zbyt późno się chyba spotkali, żeby sięgnąć po tytuł.
Choć na papierze wyglądali mocniej niż drużyna z dwóch mistrzowskich sezonów…

Uwielbiałem Olajuwona, bardzo lubiłem Barkley’a i Drexlera, a skoro Pippen miał już opuścić Chicago, to dobrze, że poszedł właśnie do Houston. Do dziś żałuję, że ekipa z lat 96-99 nic wielkiego nie ugrała, bo takich trzech graczy w jednym zespole nie było już chyba nigdy więcej.

Ale Rockets lat 90. to także wielu innych ciekawych zawodników – m.in. niesamowity Robert Horry, natomiast gdy zespół opuścił Barkley, a potem Olajuwon i „Rakietami” dowodził Steve Francis i Cuttino Mobley, moja sympatia dla zespołu znacznie zmalała.

Plus za logo, stroje, nazwę i dwie wielkie trójki z drugiej połowy lat 90.

4. Portland Trail Blazers

Portland Trail Blazers

Blazers kibicuję od 1992 roku, kiedy to przegrali z moimi Chicago Bulls w Finałach NBA. Ja cieszyłem się wtedy, że górą był Jordan i spółka, jednak mój starszy brat, wielki fan Blazers, udowadniał mi, że i tak lepsze jest Portland i „latający Clyde”. A że brat miał dużą siłę przekonywania, nie zostało mi nic innego, jak odtąd kibicować Blazers właśnie…

Choć Drexler był niewątpliwie najlepszym graczem Portland w tamtym czasie, to moim ulubieńcem był kto inny – Clifford Robinson, rewelacyjny skrzydłowy, którego karierę śledziłem do jego ostatnich dni w lidze i kibicowałem każdej ekipie, w której grał:

Przez następne lata przez Portland przewinęło się mnóstwo wspaniałych zawodników, którzy dawali Blazers wiele zwycięstw i rokroczny awans do play-off, ale od sezonu 92/93 do 97/98 – przez sześć kolejnych lat! – Portland odpadało już w pierwszej rundzie!
Można się było wkurzyć!

W tym czasie genialne stroje Blazers (zwłaszcza te ciemne) nosili tacy gracze jak Rod Strickland, Isaiah Rider, Brian Grant oraz dwa moi ulubieńcy – wspomniany Clifford no i oczywiście Rasheed Wallace!

Jak to możliwe, że z taką ekipą nie zaszli dalej? Nie pojmuję do dziś…

Gdy w sezonie 98/99 do Granta, Wallace’a, Ridera oraz Sabonisa dołączył Damon Stoudamire, doszli aż do finałów konferencji, gdzie jednak dostali lanie od Spurs, ale moje nadzieje w sukces Blazers odżyły.
W kolejnym sezonie Blazers byli jeszcze mocniejsi – co prawda odszedł Rider, ale doszli Schrempf, Steve Smith i przede wszystkim Scottie Pippen (!), niestety Blazers znowu polegli w finale konferencji, tym razem z Lakers…

W kolejnym sezonie do Blazers dołączył jeszcze sam Shwan Kemp, wrócił też Strickland, ale sezon zakończył się fatalnie – w pierwszej rundzie play-off, podobnie jak w dwóch kolejnych latach –  i był to niestety koniec jednej z najfajniejszych ekip jakie dane mi było oglądać – tylu tak lubianych przeze mnie graczy w jednej drużynie nie było w zbyt wielu zespołach w historii…

Gdy jednak patrzę z dzisiejszej perspektywy na swoje zainteresowanie NBA, to chyba w żadnym innym zespole nie grało tak wielu graczy, których wyjątkowo lubiłem, jak w Blazers właśnie, dlatego też od początku po dziś dzień są w ścisłej czołówce moich ulubionych ekip :).

Plus za stroje, logo i nazwę!

3. Golden State Warriors

Golden State Warriors

Każdy fan NBA ma swoją ulubioną drużynę i swojego ulubionego zawodnika. Wiadomo, będąc dzieciakiem – a potem nastolatkiem – pasjonującym się koszykówką w latach 90. trudno było mieć innego idola nr 1 niż Michael Jordan.
Ja jednak obok Jordana, którego uwielbiałem za to, że był Jordanem, miałem jeszcze jednego zawodnika, który był moim ulubieńcem nr 1 – znał go wtedy mało kto, ale ja polubiłem go od razu i mimo wielu przejść, był moim ulubieńcem do swojego ostatniego meczu w NBA.
O kogo chodzi?
Ano, o Latrella Sprewella!

Między 1992 a 2000 rokiem Sprewell był jednym z najlepszych rzucających obrońców w lidze – a już na pewno jednym z najefektowniej grających. Rzucał średnio po 20 punktów, sporo podawał i zbierał, grał przy tym nieprawdopodobnie widowiskowo:

A że przez większość tego czasu grał w barwach Warriors, drużyna z Oakland z miejsca stała się jedną z moich ulubionych ekip i sprawdzanie wyników NBA zaczynałem od tego, iloma punktami wygrali Bulls i ile punktów dla Warriors rzucił Sprewell :).

Inna rzecz, że Warriors mieli w tym czasie jedną z najciekawszych ekip w lidze – oprócz Sprewella w ich barwach grali m.in. Tim Hardaway, Jud Buechler (!), B.J. Armstrong, Joe Smith, Clarence Weatherspoon czy przede wszystkim Chris Webber, jednak zespół nic wielkiego nie osiągnął – co więcej, od sezonu 93/94 „Wojownicy” nawet raz nie dostali się do play-off!

Największa katastrofa wydarzyła się jednak w sezonie 97/98 – po rozegraniu zaledwie 14 spotkań  – 1 grudnia 1997 – Sprewell na treningu wdał się w bójkę z ówczesnym trenerem Warriors, P.J. Carlesimo, którego w przypływie złości… próbował udusić!
Skończyło się zawieszeniem Sprewella na 68 gier i katastrofalnym sezonem Warriors – 19 wygranych przy 63 porażkach!
Dla mnie była to katastrofa, z którą mogło równać się tylko odejście MJ’a w 1993…

Po odejściu z Warriors Sprewella mocno też spadła moja sympatia dla klubu – jasne, nadal ich lubiłem, ale już nie tak. Grało tam jednak jeszcze kilku zawodników, których lubiłem – Antawn Jamison, Eric Dampier – ale to już nie była ta sama ekipa…

Wielki plus za fajne stroje, nazwę klubu („Wojownicy”, no!) i przede wszystkim świetne logo. Co ciekawe, w przypadku Warriors zmiana logo w 1997 roku nie wyszła drużynie na złe – i to, obowiązujące w l. 1987-1997 i to z lat 1997-2010 są świetne.

Zresztą, to obecne też jest fajne :).

2. New York Knicks

New York Knicks

Na początku kilka wyjaśnień – o ile w ostatniej dekadzie Knicks byli ekipą wiecznych rozczarowań i przerostu oczekiwań nad wynikami: ledwie dwa awanse do play-off i klęski w pierwszej rundzie – o tyle w latach 90. byli jedną z najsilniejszych drużyn w lidze – do play-off awansowali w każdym sezonie, dwa razy dochodząc do Finału.
Poza tym, jeśli myślimy o Knicks ostatniej dekady XX wieku, to myślimy o nim:

Patrick Ewing – „King Kong” – jeden z najlepszych centrów w historii ligi, który był ikoną Knicks przez kilkanaście lat.
Bardzo go lubiłem, choć w rankingu moich ulubionych środkowych oglądał plecy Olajuwona, Mutombo i Shaqa :).
Knicks z racji dobrej gry i faktu, iż grali w Nowym Jorku, byli w latach 90. bardzo popularni i obecni w mediach, stąd też mnóstwo było o nich informacji.
Moja sympatia do nich budowała się jednak powoli – w pierwszej połowie lat 90. zajmowali miejsce między pierwszą a drugą dziesiątką – lubiłem ich za Pata, żelaznego Oakleya – jednego z największych twardzieli, jaki stąpał po parkiecie NBA, wszechstronnego Masona, walecznego i ambitnego Starksa oraz świetne stroje i fajowskie logo (a także fakt, iż grali w moim ulubionym wówczas mieście – Nowym Jorku), jednak w Finałach w 94 kibicowałem Rockets…

Sorry, Pat...

Następne dwa sezony to jednak umacnianie się mojej sympatii do Knicks, która rozwinęła się szczególnie w sezonach 1996-97 i 1997-98, gdy do Knicks dołączył jeden z moich ulubieńców – Larry Johnson – oraz świetny strzelec Allan Houston, którego również bardzo polubiłem.

Te dwa sezony to jednak także wielka wojna z Miami Heat – raz w play-off wygrywają jedni, raz drudzy, za każdym razem dochodzi jednak do ogromnych bijatyk, które mogliście zobaczyć przy okazji prezentacji Miami Heat…

Prawdziwy przełom ma jednak miejsce przy okazji sezonu 1998-99, gdy do Knicks dołącza zastęp nowych graczy, wśród których jest mój ulubieniec (po odejściu Jordana już bezdyskusyjny!) – wracający po wygnaniu Latrell Sprewell!

W tym momencie Knicks z miejsca stają się moją drużyną nr 1 – Bulls już nie istnieją (choć nadal są „moją drużyną”), a w Warriors nie ma już Sprewella, sprawa jest więc oczywista.
Na początku sezonu jednak nikt w Knicks nie wierzy – podobnie jak w Sprewella, ja jednak śledzę bardzo uważnie ich grę  i wierzę, że po rozpadzie Bulls jakimś cudem (Sprewellem) uda im się sięgnąć po tytuł.
W składzie Knicks gra wówczas wielu bardzo fajnych graczy, których lubiłem już wcześniej, a którzy tym sezonem, przypieczętują sobie miejsce w ścisłym gronie moich ulubionych zawodników: oprócz Spree i Pata, a także będących już wcześniej w Knicks Johnsona i Houstona, także nowi: Kurt Thomas i Marcus Camby oraz Ward i Childs.
Nikt w nich nie wierzy, a jednak radzą sobie całkiem nieźle – z bilansem 27-23 w skróconym przez lokaut sezonie wchodzą do play-off z ósmego miejsca i zaczynają swój marsz po mistrzostwo, eliminując po drodze najlepszych na Wschodzie Miami Heat, później zaś Atlantę i Indianę (cały czas bez kontuzjowanego Ewinga!) i dochodzą do Finału, gdzie toczą wspaniały bój z San Antonio. Mający miażdżącą przewagę pod koszem Spurs nie dają jednak Knicks szans, ale nikt nie ma wątpliwości – Knicks osiągnęli więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać!

Zarywałem wtedy dla nich noce tak, jak we wcześniejszych latach dla Bulls i choć pierwszy raz w historii mojego kibicowania „mój” zespół przegrał walkę o mistrzostwo – i tak byłem dumny z Knicks.
Także dlatego, że na początku sezonu nikt nie wierzył, że zajdą dalej niż do pierwszej rundy play-off :).

Mój sentyment do Knicks wynika też z tego, że był to ostatni na długie lata sezon, kiedy tak intensywnie interesowałem się NBA – sam już nie wiem dlaczego, ale po tym sezonie na parę lat moja miłość do NBA trochę osłabła i nie byłem już tak na bieżąco ze wszystkim (wszystko przez studia!).
Gdybym zaś miał wybrać trzy moje ulubione teamy z całej historii, to Knicks z sezonu 98/99 zajęliby zaszczytne drugie miejsce – jedynie za Bulls z sezonu 97/98, ale do tego jeszcze dojdziemy…

W kolejnym sezonie niemal tym samym składem Knicks doszli do finału konferencji, niestety nieudany sezon 2000-01 i porażka w pierwszej rundzie z Raptors była początkiem końca tej drużyny, mimo, że do składu doszli wcześniej m.in. Glen Rice i (!!!) Luc Longley, odszedł natomiast Pat.

Zupełnie nieudany był natomiast sezon 2001-02: mimo, iż w Knicks nadal grali Spree, Houston, Camby, Thomas, Ward, a także nowi Weatherspoon i Mark Jackson, Knicks wygrali tylko 30 spotkań i nie weszli do play-off. To był ostateczny koniec ekipy, która zdobyła wicemistrzostwo w 1999 i początek najgorszej dekady w dziejach klubu.

Wielki plus za stroje, logo, fajny parkiet, halę (Madison Square Garden!), miasto i wszystko, co napisałem powyżej :).

1. Chicago Bulls

Chicago Bulls

Ok, szczerze – czy mogło być inaczej? Czy jakikolwiek inny klub mógł być na pierwszym miejscu?
No nie, nie ma szans!
Chyba zatem nie muszę pisać, dlaczego to właśnie Bulls okupują pierwszą lokatę.
Moja przygoda z NBA zaczęła się od nich i to Bykom zawdzięczam najwięcej niezwykłych emocji związanych z kibicowaniem koszykówce.

Poza tym Michael, Scottie, Dennis, Toni, Steve, Ron, Luc, Jud, Bill, Jason, Scott, Randy, Dickey, Robert a wcześniej także B.J., Will, Horace, John i ci, którzy nawet Judowi mogli zazdrościć czasu gry.
Bulls z lat 1996-1998 to zdecydowanie mój ulubiony zespół wszechczasów wszystkich dyscyplin sportu.

Dlatego też poświęcę im niebawem osobny artykuł, w którym szerzej opowiem, dlaczego to właśnie Bulls byli moim ulubionym zespołem lat 90.
Choć – tak po prawdzie – chyba nie muszę tego wyjaśniać :).

Tyle na dziś, a za czas jakiś spróbuję porównać, jak powyższe zestawienie – i dwie wcześniejsze dziesiątki – mają się do moich obecnych sympatii.
Może być naprawdę ciekawie!